
![]()
luksusowa kabina
Grzegorz ująt wszystko w mocne ramy. Od początku miął wizję, jak powinna wyglądać Republika. Albo inaczej: Grzegorz był jak taki superbezpieczny okręt, a ja zajmowałem na tym okręcie luksusową kabinę... Praktycznie codziennie telefonowaliśmy do siebie. Straszne, że nie ustyszę już nigdy: Cześć, to ja. Dzwonię kontrolnie, dowiedzieć się, co słychać. Często też dzwonił i mówił: Może już byś przyjechał, trzeba zacząć tę robotę. Bo jak sam siadam, to mi się nie chce. Przyjedziesz - to dostanę większego kopa do roboty... Mogłem rzucić jakikolwiek pomysł, a Grzegorzjuż wiedział, co z tym zrobić. Ten mój komfort polegał również na tym, że z nim mogłem być pewien, że nie skończy się na jakimś obciachu, że nie powstanie coś niedobrego. Bo Grzegorz miał ten zmysł, że wiedziat, jak ma być! Poza tym - te nasze spotkania przy pracy... Pracowaliśmy, ale też spędzaliśmy czas w tak fantastyczny sposób, że bez przerwy umacniała się nasza przyjaźń. Był dla mnie jak brat. Żyliśmy jak w rodzinie. Jestem chrzestnym Helenki - jego i Ani córki. Konsultowaliśmy ze sobą wszystko. Wystarczyło, że ukazał się jakiś ciekawy artykuł w gazecie, a już do mnie telefonował: Czytałeś? To też podciągam pod ten komfort bytowania z Grzegorzem. Z tego wszystkiego zostałem brutalnie odarty i jest mi cholernie ciężko... Na zewnątrz robił wrażenie człowieka dość twardego, który nie przejmuje się rzeczami, jakie o nim wypisują. Ale był ogromnie wrażliwy. Gdzieś tam - głęboko w sobie - przeżywał to, co można było nazwać porażkami, ale w gruncie rzeczy to był facet, który w swoim muzycznym życiu porażek nie ponosił. Najwyżej okazywało się, że coś nie było dla nas, że kierunek był nie najlepszy... Ale on był bardzo krytyczny wobec siebie i tak jak wymagał dużo od siebie - tak też wymagał dużo od osób, z którymi pracował. |
| W
sobotę, na tydzień przed śmiercią Grzegorza, byłem u
niego. Taka ostatnia praca w minionym roku. Gdy
wychodziłem, zrobiliśmy "niedźwiedzia": Wesołych
Świat, będziemy w kontakcie. l tak sobie jeszcze
westchnęliśmy: uf, koniec roboty na ten rok. Nową
ptytą Republiki byliśmy zajęci od kwiętnia - maja,
potem poświeciliśmy jej cały pobyt na Kaszubach,
prawie półtora miesiąca, w międzyczasie graliśmy
koncerty, później był wyjazd do Stanów na dwa
tygodnie, gdy wróciliśmy z Ameryki - mieliśmy
kończyć płytę, ale okazało się, że wcześniej
trzeba skończyć muzykę do Wiedźmina... U Grzegorza
spędziłem prawie półtora miesiąca z niewielkimi
przerwami - to była robota od rana do wieczora. Ja
byłem tylko zmęczony, a Grzegorz oprócz tego, że był
zmęczony, to jeszcze dźwigał na swoich barkach
odpowiedzialność, cały stres związany z tym
projektem. Bo przy Republice, przy projektach solowych
Grzegorza, było łatwiej, to była przede wszystkim
przyjemność. A tu robiło się muzykę do filmu -
siedzenie przy dwóch komputerach, synchronizowanie
muzyki z obrazem... Później jeszcze doszło
przygotowanie płyty z muzyką z tego filmu, która
musiała się szybko ukazać... Tak więc, gdy
żegnaliśmy się w grudniu, Grzegorz powiedział: Przynajmniej
teraz będę mógł sobie spokojnie usiąść i
skończyć teksty na płytę Republiki. Będę siedział
przy kominku, pisał. Był szczęśliwy: nowy dom,
dziecko w drodze i plany na następny rok były
fantastyczne... inne widzenie
W pracy był świetnym partnerem - wiedział, czego chciał i konsekwentnie dążył do tego... Bardzo dobrze mi się z nim pracowało. Oczywiście, zdarzały się któtnie i jakieś różnice zdań. Ale zawsze w którymś momencie dogadywaliśmy się i było dobrze! W pracy był wymagający, ale nie widzę w tym nic dziwnego: musiat taki być. Ostatni raz widzieliśmy się w grudniu, u niego w domu. Natomiast ostatni raz rozmawiałem z nim przez telefon, kiedy już był w szpitalu. Powiedział mi tylko, że czuje się słabo i że oddzwoni później. Ale już nie oddzwonił... Tę rozmowę dopiero później odebrałem jako pożegnanie. Gdy ostatni raz razem pracowaliśmy, był zdrów, jak zwykle - pełen energii i życia. Chociaż pracował bardzo dużo. Po śniadaniu praca, obiad i znów praca - właściwie całe dnie: praca. |
wojownik
Praca z Grzegorzem była zawsze konkretna i bardzo inspirująca. Pracując z nim zawsze miałem nadmiar pomysłów i była to zapewne jego zasługa, są tacy ludzie, w których obecności rzeczy wydają się łatwiejsze. Grzegorz do takich z pewnością należał. Był skoncentrowany i krystalizował w sobie idee zespołu. Z czasem ubierał je w słowa i nagrywaliśmy je potem jako nowe piosenki czy płyty. Był mocny, niezmienny w swoich dążeniach. Wyrosłem w punkowej kulturze, jestem buddystą i często miałem odmienne od niego zdanie. Wynikały więc konflikty. Nigdy nie były to jednak kłótnie. Spory prawie zawsze dotyczyły spraw muzycznych, czasami relacji w zespole. Grzegorz był jak twierdza. Nie dawał się omamić słowami, bo sam doskonalę znał ich siłę. Ważne było co kto robi, a nie co mówi. Myślę, że trudno było zdobyć Jego zaufanie, jednak zdobyte - dawało niezmienne oparcie. Razem z Grzegorzem i Jurkiem Tolakiem, naszym menażerem, wyjeżdżaliśmy na koncerty z Warszawy. Zawsze po drodze dużo rozmawialiśmy. Często spieraliśmy się na jakiś temat. Jednak kiedy wysiadaliśmy z samochodu, mieliśmy już wspólne zdanie i wspólne wnioski. Były one wypadkową naszych poglądów. Mój muzyczny związek z Ciechowskim był najgłębszym związkiem artystycznym, jaki mnie dotąd spotkał. Myślę, że Grzegorz nauczył mnie wielu rzeczy i wiele rzeczy w moim muzycznym życiu byłoby niemożliwych bez jego obecności i przywództwa. Dla mnie Grzegorz był jakby rodzajem generała. Grałem w wielu różnych zespołach, pracowałem z różnymi muzykami. Jego zawsze odbierałem jako wojownika. Był osobą walczącą, ale walczył fair. Spierałem się z nim, walczyłem i równocześnie całkowicie akceptowałem. Na tym polegała ta nasza specyficzna relacja. Był niezwykle mocnym i mądrym mężczyzną. Uważam, że muzykiem i artystą jest się takim, jakim jest się człowiekiem. l tak też było w jego przypadku. Można próbować udawać, że jest się kimś innym, ale to w muzyce zawsze słychać. Republika nagrała piosenkę Mamona, bo po prostu czuliśmy, że możemy sobie pozwolić na tego typu prowokację. Ze wszystkich nagranych z Republiką płyt najbliższa jest mi Siódma pieczęć. Pracowaliśmy nad nią wspólnie. Mieszkaliśmy w jednym domu, studio było w piwnicy. Nasze pomysły przeplatały się, wątki mieszały ze sobą. Grzegorz nadawał im formę i końcowy kształt. Moim zdaniem była to najbardziej osobista płyta, jaką nagraliśmy. Nie zdążyłem z nim wielu rzeczy przedyskutować i wyjaśnić. l mogę jeszcze tylko powiedzieć, że jego śmierć jest czymś, co zmusza do myślenia. Podnosi się ranga życia, gdy mamy świadomość, że tak naprawdę nie wiemy, czy jutro się spotkamy. Jak cenny staje się każdy kontakt, jak głupia - każda ambicjonalna kłótnia. Moja ostatnia rozmowa z Grzegorzem odbyła się jakiś tydzień przed jego pójściem do szpitala. Rozmawiliśmy przez parę godzin, atmosfera była luźna, Grzegorz pił białe wino. Był w trakcie pisania tekstów do nowych piosenek Republiki. Pracował też nad innym projektem i zaprosił mnie do nagrywania basów. Pokazał mi demo i przegrał mi je, bym mógł nad tym sobie popracować w domu. Umówiliśmy się, że pierwszego dnia po Świętach nagrywamy... Nikt z nas nie zdawał sobie sprawy, jak poważna jest sytuacja. Myślałem: podleczą go i nagrania zrobimy po Nowym Roku. Zadzwoniłem do Ani, jego żony, na komórkę, a ona spytała, czy chcę z nim rozmawiać. Była akurat w szpitalu. Podała mu telefon, powiedziałem: Grzesiek, jakby coś się działo, to możesz na mnie liczyć, leż spokojnie w szpitalu, a ja w razie czego pomogę twoim dziewczynom. Odpowiedział tylko: Dziękuję. Cześć. Ale głos, jakim to powiedział, głęboko mnie poruszył. |
JERZY TOLAK: To był rok 87. Grzegorz właśnie postanowił współpracować ze Zjednoczonymi Przedsiębiorstwami Rozrywkowymi - chodziło o koncerty i nagrywanie płyt. Ja wtedy pracowałem w tej firmie. Moim zwierzchnikiem był Krzysztof Materna i któregoś dnia wezwał mnie do swojego gabinetu. Gdy wszedłem, już siedział tam Grzegorz. Materna powiedział od razu do niego: Grzegorz, to jest Jurek Tolak, twój menażer. A do mnie: Jurek, to jest Grzegorz Ciechowski, twój artysta... Tak więc zostałem mianowany na jego menażera... Później spotkaliśmy się już tylko we dwóch, żeby się lepiej poznać i żeby coś ustalić. Naturalnie pamiętałem wtedy Grzegorza z Republiki, ale powiem szczerze, że nie byłem fanem tego zespołu z tamtych czasów... Zaczęliśmy sobie mówić, co chcemy, a w trakcie pierwszej rozmowy odebrałem go jako człowieka zachowującego dystans. Ale ten dystans rozumiałem, bo w takiej sytuacji trudno od razu o jakąś wylewność. Gdy dosyć szybko pojawiły się różne plany zawodowe i zaczęliśmy często ze sobą bywać, znikła ta sztuczność i mogę chyba powiedzieć, że zostaliśmy przyjaciółmi... Od którego momentu? W czasie powstawania i promocji płyty Tak, tak!, przy okazji tych ogromnych koncertów halowych. Było dużo stresów, dużo pracy, a w takich sytuacjach łatwo się zbliżyć do siebie i zacząć wszystko wspólnie przeżywać... Wydaje mi się, że już sam fakt długiej, kilkunastoletniej współpracy, świadczy o tym, że musiało mi się z nim świetnie pracować. Mimo to, że dochodziło do sytacji, w których - zwyczajnie - kłóciliśmy się. Ale nie wyobrażam sobie, żeby nie było żadnych sprzeczek artysty z menażerem. Zawsze może do tego dojść... Gdy Grzegorz przygotowywał muzykę, pisał teksty, nagrywał płytę - wiadomo było, że nie można określić terminu, kiedy skończy... No i właśnie z tego powodu często sprzeczaliśmy się: ja goniłem, Grzegorz odpowiadał, że musi to robić w swoim tempie. Ale właściwie tylko takie były te nasze sprzeczki. Miałem z nim partnerski układ. Idealny. Po prostu on robił swoje, ja swoje. Doskonale wiedział, że nie musi się interesować niczym poza własną twórczością, a ja - że nie muszę się niczego obawiać. Nie musieliśmy niczego sobie tłumaczyć i byłem przekonany do tego, co robił Grzegorz. Był strasznie ambitny i prawdę mówiąc czasami to przeszkadzało. Zdarzało się, że jego dążenie do perfekcji powodowało, że nie było końca jakiejś pracy. Na pewno też był osobą, z którą trzeba było umieć współpracować. Łatwo można było go urazić, przypominając, że ma ograniczony czas na pisanie, że powinien się skupić na jednym projekcie. Ale doskonale rozumiał, jakie są zasady show businessu... Gdybym chciał go określić jak najkrócej, powiedziałbym: superprofesjonalny artysta. Inna ważna cecha: był bardzo koleżeński. Wiem, że wiele osób odbierało go jako takiego zimnego faceta. Ale to było na scenie. Tam miał taką pozę. Nie należał do artystów, którzy w sposób przesadny bratają się z publicznością. Natomiast prywatnie był to człowiek naprawdę wrażliwy, nawet może delikatny, i... po prostu ciepły. l na pewno dobry. Widziałem się z nim jeszcze w szpitalu - jakieś kilkanaście godzin przed operacją. Byłem u niego z pół godziny, ale to nadał zbyt bolesne, abym o tym szczegółowo opowiedział. Widziałem Grzegorza, ale też już jakby kogoś trochę innego: schorowanego, wyciszonego... Czuję pewien niedosyt. Mimo tylu rozmów, które przez te lata prowadziliśmy, mam wrażenie, że nie zdążyłem się z nim nagadać. Ostatnie dwa tygodnie swojego życia poświęcił na przeprowadzkę do nowego domu, bo chciał koniecznie to zrobić przed Świętami. Nie jest to takie proste przeprowadzić się pod Warszawę z rodziną, ze wszystkimi rzeczami. W końcu roku "czyścił" jeszcze różne rzeczy zawodowe i wiedziałem, że wszystko to w sumie było dla niego bardzo stresujące. Więc pomyślałem sobie: dobra, przeprowadź się, a potem będziemy rozmawiać... 18 grudnia Grzegorz zaprosił mnie do siebie, pokazał, jak się urządził w nowym miejscu i jeszcze w tym dniu, wieczorem, pojechał do szpitala. Z Jerzym Tolakiem i muzykami REPUBLIKI rozmawiał WIESŁAW KRÓLIKOWSKI |
| "Tylko
Rock", luty 2002 fot Andrzej Świetlik (zespół) oraz Wojciech Glinka (Jurek Tolak) |