"Kombinat"
- ostatni koncert Republiki
Grzegorz Cholewa (Gazeta Wyborcza - Wrocław)
fot. Mieczysław Michalak / AG
Przed
tym spektaklem twórczość Grzegorza Ciechowskiego
mogła wydawać się już skończona. W sobotę okazało
się jednak, że jest inaczej. Tak dzieje się zawsze,
gdy obcujemy z wielką sztuką
Wielka sztuka kryje w sobie uniwersalizm, który można
przetwarzać na nieskończenie wiele sposobów i
ukazywać kolejne jego oblicza, dokładnie tak, jak
"Kombinat" ukazał nową sieć znaczeń
twórczości Obywatela G.C.
Wyreżyserowany przez Wojciecha Kościelniaka spektakl
rzucił na kolana krytyków, publiczność, a nawet
samych aktorów i muzyków z Republiki, którzy po
zakończeniu koncertu w niemilknących przez niemal
dwadzieścia minut owacjach na stojąco po prostu
płakali. Być może dlatego, że "Kombinat",
"Białą flagę", "Nieustanne tango"
czy "Telefony" grali i śpiewali po raz
pierwszy bez Ciechowskiego i najprawdopodobniej po raz
ostatni w ogóle.
Kościelniak w genialny sposób ożywił kafkowski świat
tych piosenek - opresyjny, zimny, bezduszny,
czarno-biały. Scenografia stworzona w duchu machiny
biurokratycznej z "Procesu" Kafki przypominała
wielki wieżowiec urzędniczy pełen drzwi, biurek i
maszyn do pisania. W centralnym punkcie sceny wszystko i
wszystkich inwigilowało wielkie oko. W świecie Kafki i
Orwella nadrzędną rolę sprawuje centralny dyspozytor
tę rzeczywistość animujący. Taką właśnie
symboliczną funkcję w "Kombinacie" pełnił
Mariusz Lubomski, który przy obracającym się
nieustannie biurku, wśród biurokratycznych rekwizytów
wywoływał postacie i sytuacje.
Reżyserowi
udało się uniknąć wspomnieniowej formuły koncertu.
To nie był spektakl o śmierci artysty - to była
opowieść o świecie zawartym w jego piosenkach. Sam
Ciechowski był jednak obecny, i to nie tylko - co
oczywiste - w swoich utworach czy poprzez symboliczne
wystawienie jego instrumentu na najwyższym podeście
sceny. To była hipnoza, rodzaj halucynogennego transu,
mistycznego przeżycia - seansu, w którym jak w
kalejdoskopie przesuwały się obrazy i ich tajemniczy
bohaterowie. "Kombinat" utrzymany był w
konwencji balu manekinów, nieskończonych zastępów
jednakowych Józefów K. z zatartym wyrazem twarzy,
ubranych w niewymiarowe czarne garnitury i poruszających
się jednostajnym mechanicznym krokiem.
Piosenki Grzegorza Ciechowskiego śpiewali młodzi
aktorzy - Kinga Preis, Sambor Dudziński, Jacek Bończyk,
Konrad Imiela, Mariusz Kiljan i rewelacyjny Kuba
Szydłowski, który na samym początku wykonał tytułowy
"Kombinat". Wszyscy wypadli świetnie, zresztą
cały spektakl był przygotowany perfekcyjnie pod każdym
względem. Fenomen tego koncertu to jego doskonała
spójność, to niemal nieosiągalny efekt absolutnej
harmonii i równorzędności wszystkich elementów:
muzyki, przestrzeni scenicznej i artystycznej kreacji
każdego z artystów.
Czy to był rzeczywiście ostatni koncert Republiki?
Spektakl Wojciecha Kościelniaka powinien, a nawet musi
trafić na afisz. Żyjemy dziś w kulturze ogłupiającej
i zagłuszającej uczucia, w rzeczywistości
zbiurokratyzowanej, inwigilowanej i zdominowanej przez
obrazki, a nie emocje. A to wszystko znajdziecie w
"Kombinacie". Jest tam coś jeszcze -
potwierdzenie prawdy, że wielki artysta wraz ze swoją
śmiercią nie milknie na zawsze.
|
|