23. PRZEGLĄD PIOSENKI AKTORSKIEJ: SPKTAKL "KOMBINAT" - OSTATNI KONCERT ZESPOŁU; 16.03.2002

"Kombinat" - ostatni koncert Republiki
Grzegorz Cholewa (Gazeta Wyborcza - Wrocław)
fot. Mieczysław Michalak / AG

Przed tym spektaklem twórczość Grzegorza Ciechowskiego mogła wydawać się już skończona. W sobotę okazało się jednak, że jest inaczej. Tak dzieje się zawsze, gdy obcujemy z wielką sztuką

Wielka sztuka kryje w sobie uniwersalizm, który można przetwarzać na nieskończenie wiele sposobów i ukazywać kolejne jego oblicza, dokładnie tak, jak "Kombinat" ukazał nową sieć znaczeń twórczości Obywatela G.C.

Wyreżyserowany przez Wojciecha Kościelniaka spektakl rzucił na kolana krytyków, publiczność, a nawet samych aktorów i muzyków z Republiki, którzy po zakończeniu koncertu w niemilknących przez niemal dwadzieścia minut owacjach na stojąco po prostu płakali. Być może dlatego, że "Kombinat", "Białą flagę", "Nieustanne tango" czy "Telefony" grali i śpiewali po raz pierwszy bez Ciechowskiego i najprawdopodobniej po raz ostatni w ogóle.

Kościelniak w genialny sposób ożywił kafkowski świat tych piosenek - opresyjny, zimny, bezduszny, czarno-biały. Scenografia stworzona w duchu machiny biurokratycznej z "Procesu" Kafki przypominała wielki wieżowiec urzędniczy pełen drzwi, biurek i maszyn do pisania. W centralnym punkcie sceny wszystko i wszystkich inwigilowało wielkie oko. W świecie Kafki i Orwella nadrzędną rolę sprawuje centralny dyspozytor tę rzeczywistość animujący. Taką właśnie symboliczną funkcję w "Kombinacie" pełnił Mariusz Lubomski, który przy obracającym się nieustannie biurku, wśród biurokratycznych rekwizytów wywoływał postacie i sytuacje.

Reżyserowi udało się uniknąć wspomnieniowej formuły koncertu. To nie był spektakl o śmierci artysty - to była opowieść o świecie zawartym w jego piosenkach. Sam Ciechowski był jednak obecny, i to nie tylko - co oczywiste - w swoich utworach czy poprzez symboliczne wystawienie jego instrumentu na najwyższym podeście sceny. To była hipnoza, rodzaj halucynogennego transu, mistycznego przeżycia - seansu, w którym jak w kalejdoskopie przesuwały się obrazy i ich tajemniczy bohaterowie. "Kombinat" utrzymany był w konwencji balu manekinów, nieskończonych zastępów jednakowych Józefów K. z zatartym wyrazem twarzy, ubranych w niewymiarowe czarne garnitury i poruszających się jednostajnym mechanicznym krokiem.

Piosenki Grzegorza Ciechowskiego śpiewali młodzi aktorzy - Kinga Preis, Sambor Dudziński, Jacek Bończyk, Konrad Imiela, Mariusz Kiljan i rewelacyjny Kuba Szydłowski, który na samym początku wykonał tytułowy "Kombinat". Wszyscy wypadli świetnie, zresztą cały spektakl był przygotowany perfekcyjnie pod każdym względem. Fenomen tego koncertu to jego doskonała spójność, to niemal nieosiągalny efekt absolutnej harmonii i równorzędności wszystkich elementów: muzyki, przestrzeni scenicznej i artystycznej kreacji każdego z artystów.

Czy to był rzeczywiście ostatni koncert Republiki? Spektakl Wojciecha Kościelniaka powinien, a nawet musi trafić na afisz. Żyjemy dziś w kulturze ogłupiającej i zagłuszającej uczucia, w rzeczywistości zbiurokratyzowanej, inwigilowanej i zdominowanej przez obrazki, a nie emocje. A to wszystko znajdziecie w "Kombinacie". Jest tam coś jeszcze - potwierdzenie prawdy, że wielki artysta wraz ze swoją śmiercią nie milknie na zawsze.



Kilka słów o Spektaklu...

FOTOGRAFIE

RECENZJE

POWIEDZIELI...