Ostatni koncert
"Republiki"
Robert Leszczyński (Gazeta Wyborcza)
fot. Mieczysław Michalak / AG
Wielominutowa
owacja na stojąco zakończyła w sobotę wieczorem
spektakl "Kombinat" do muzyki Grzegorza
Ciechowskiego na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we
Wrocławiu.
Przedstawienie w reżyserii Wojciecha Kościelniaka było
ostatnim oficjalnym koncertem Republiki, która
ostatecznie pożegnała się z publicznością.
Nie tylko ubrani na czarno-biało zagorzali fani
zespołu, którzy błyskawicznie wykupili bilety na
spektakl, ale też bywalcy
Przeglądu Piosenki Aktorskiej, a nawet artyści na
scenie nie kryli łez w oczach. Grający demonicznego i
wszechwładnego biuralistę Mariusz Lubomski opowiadał
później, że ze ściśniętym gardłem i największym
trudem wygłosił zamykające spektakl ostatnie kwestie.
Podobne wzruszenie udzieliło się innym
aktorom-wokalistom, którzy zaśpiewali największe hity
Republiki. Mają po dwadzieścia kilka lat i - jak
mówili - na piosenkach Republiki po prostu się
wychowali. A teraz brali udział w pożegnaniu tego
legendarnego już zespołu z publicznością.
W styczniu tego roku, miesiąc po śmierci Grzegorza
Ciechowskiego, w wywiadzie dla "Gazety" trzej
pozostali muzycy zespołu powiedzieli, że nigdy już nie
zagrają pod starą nazwą. Zrobili wyjątek dla tego
spektaklu, bo zgodził się na niego sam Ciechowski.
Wojciech Kościelniak, pomysłodawca i reżyser,
namówił go do realizacji "Kombinatu" wiele
miesięcy wcześniej. Potem stało się to, co się
stało. Realizacja przedsięwzięcia stanęła pod
znakiem zapytania. Zespół zgodził się wziąć w nim
udział pod warunkiem, że rzecz nie przerodzi się w
koniunkturalny i rzewny "Tribute To Grzegorz
Ciechowski" i spektakl zostanie zrealizowany
dokładnie w formie, na jaką zgodził się lider.
Oczywiście po jego śmierci zmiana kontekstu
przedstawienia była nieunikniona. Oczekiwania były
zaiste ogromne, nikt chyba jednak nie przypuszczał, że
te piosenki mają w sobie aż tak wspaniały potencjał
inscenizacyjny. Większość z 12 wykonanych w spektaklu
utworów Ciechowski napisał w przeciągu zaledwie
kilkunastu miesięcy w latach 82-84, w bardzo określonej
sytuacji historycznej. Pewnie dlatego stanowią one tak
spójną wizję. Niemal wszystkie traktują o zderzeniu
jednostki i wszechwładnego Systemu opisanego na wzór
"1984" Orwella. Świat urzędniczych
mundurów-garniturów i groźnych i tajemniczych
urzędów-kombinatów świetnie pasował do
czarno-białej oprawy graficznej "Republiki" i
ich surowej w środkach muzyki. Ogoleni na łyso,
umundurowani w identyczne garnitury, śpiewający aktorzy
o anonimowych twarzach także zlali się w jedną
sceniczną postać.
Sama muzyka nie zmieniła się.
Stojący na balkonie nad sceną muzycy Republiki zagrali
ją dokładnie tak, jak grali na koncertach. Podobny
pomysł muzyczny zastosowano w interpretacjach wokalnych.
Kojarzące mi się jak najgorzej tzw. aktorskie
interpretacje w połączeniu z surowym stylem Republiki
mogły wywołać niezamierzony efekt komiczny.
Kościelniak najwyraźniej jednak kazał aktorom
śpiewać "tak jak Ciechowski" - według tego
samego pomysłu wokalnego, tylko lepiej, mocniej,
ostrzej, dynamiczniej. Żadnego mizdrzenia się czy prób
bezsensownego poprawiania oryginału. Najśmielszym
pomysłem było zaśpiewanie piosenki "Sexy
Doll" przez kobietę - w pierwszej osobie.
Bez oczywistych ograniczeń wokalnych Ciechowskiego,
który miał przecież przeciętny głos i problemy z
dykcją, te piosenki zabrzmiały znakomicie. Np. wykonana
na finał "Moja krew" zaśpiewana na
kilkanaście głosów nabrała cech monumentalnego hymnu.
Reszty dopełniła wspaniała, spójna scenografia, ale
przede wszystkim znakomita choreografia Jarosława
Stańka, z którym Kościelniak wcześniej zrobił w
Teatrze Muzycznym w Gdyni musical "Hair" oraz
wielką, czterogodzinną trans-operę "Sen nocy
letniej" do muzyki Lecha Możdżera. Spektakl
pokazano dwa razy, o 16 i o 20. Został zarejestrowany i
pokaże go telewizja. Być może ukaże się na płycie.
I tylko tyle? - Tylko tyle - powiedzieli wczoraj przed
koncertem muzycy Republiki. Po spektaklu, owacjach i
pierwszych rewelacyjnych ocenach nie byli już tego tacy
pewni. Trasa koncertowa z uwagi na techniczną
komplikację przedsięwzięcia nie wchodzi raczej w
rachubę. Może jednak jakiś teatr?
|
|